Trzeci wymiar

Listopad płakał atramentem
a ja piórem dzikiej gęsi
zapisywałem podniesiony
kołnierz deszczu i dreszcz
zaziębionej okolicy

bernikle przy stawie
stawały się wierszem
w mglistym powietrzu
miasteczka Bellmore

poranek niespieszny
malowany w głowie
ledwie widoczny
słowo po słowie
płaski jak kartka

kto podniesie
i zabierze ze sobą
tamten deszcz
moje wczoraj
do jutra

trzeci wymiar
bez chandry